Camp America
Programy Korzyści Jak wyjechać Zgłoś się Zamów broszurę FAQ - odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania Kontakt Poleć znajomym

Mój Sunset Boulevard

A card from Sunset Beach (email)

Hej ekipa! Jak by nie było, to już 3 miechy kiedy to ostatnio miałem...


A Million Miles Away

Jest słoneczny czerwcowy ranek, około 7:00 na zegarku, silniki Boeinga...


Kitchen Queen - to ja!

Najpierw stos papierów do wypełnienia, później wielkie pranie i prasowanie...


Wakacje mojego życia!

Od kiedy pamiętam, wakacje spędzałem daleko poza domem, jeśli nie z rodzicami...


W tyglu kontrastów

Witam na stronie opisującej moje doświadczenia związane z wyjazdami do USA w...


"Gratulujemy - właśnie wyruszasz na wakacje swojego życia" - tak brzmiała wiadomość, którą dostałem któregoś wiosennego dnia. Bo oto otrzymałem odpowiedź z Camp America, że dostałem miejsce na obozie letnim w Massachusetts i mam się stawić 19 czerwca na lotnisku Okęcie, cały spakowany i gotowy do drogi! Po mnogości wypełniania wszelakich papierów i niecierpliwym oczekiwaniu - tak, lecę za ocean!
- godzina 5:00 rano, lotnisko Okęcie, terminal British Airways;
- godzina 13:30 - lotnisko Heathrow w Londynie, przesiadka na Jumbo Jeta...
- godzina 22:00 - JFK, lotnisko w Nowym Jorku!

Tak wyglądał mój harmonogram odlotów na długo oczekiwane wakacje w USA. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i nawet się nie obejrzałem, jak stanąłem przed wejściem do hotelu Ramada Inn w New Jersey. Tutaj był mój pierwszy amerykański nocleg, w otoczeniu dziesiątek "campowiczów", tak jak ja pełnych wrażeń i oczekujących na to, co będzie dalej!

Następnego dnia każdy wyjeżdżał na swój kamp. Jeżeli dojazd na miejsce miał być samodzielny (oczywiście po wcześniejszym szkoleniu w hotelu), to właśnie od tego momentu zaczynał się "międzynarodowy egzamin dojrzałości"!

Na miejscu ekipa campu wraz z dyrektorem powitała nas sowicie. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że naprawdę jestem za oceanem, gdyż wszyscy bez wyjątku mówili po angielsku, z takim typowym luźnym akcentem :-)

Praca jak to praca - "tu się nie leży, tu się pracuje". Miałem obowiązki dość proste bez nadmiernego wysiłku umysłowego, ale wymagające fizycznie. Pracowałem w sumie przez ok. 8 godzin dziennie, pomiędzy którymi miałem przerwy, niekiedy dwu- lub trzygodzinne. Do moich zadań należała "opieka" nad kuchnią - przygotowywanie posiłków oraz prace porządkowe.

Już od pierwszych dni wszystko wyglądało na strasznie DUŻE - cały obóz łącznie z ludźmi, samochody oraz potężne dawki jedzenia. Bardzo mi się to spodobało, więc w mgnieniu oka wtopiłem się w amerykański styl życia. W wolnych chwilach uprawiałem sport, chodziłem na pobliską plażę lub spędzałem czas razem z amerykańskimi przyjaciółmi. Największe moje obawy, dotyczące długiego pobytu z dala od najbliższych i pytania "co ja będę tu tyle czasu robił?", szybko się rozwiały i nawet się nie obejrzałem, jak spotkał mnie dzień wyjazdu - niestety. Niestety - gdyż cały ten pobyt był iście oryginalnym i niezapomnianym przeżyciem. Każdy uczy się cały czas - a nauka życia na campie okazała się dla mnie wprost bezcenna! No ale praca pracą. Moment rozpoczęcia podróży był bardzo wyczekiwany, no i teraz wreszcie przyszedł czas na "konsumpcję". :-)

Po campie wyruszyłem więc na podbój Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej! Wycieczkę zacząłem od kilkugodzinnego pobytu w Chicago, potem zaś poleciałem do moich przyjaciół w "Mieście Aniołów". Od razu się w tym miejscu zakochałem. Tutaj spełniły się moje dziecięce marzenia - zobaczyłem wszystko co można w tym piekielnie "odjechanym" mieście. Opalałem się na piaskach Santa Monica, przechadzałem po nigdy nie zasypiającym Hollywood oraz poznałem światową mekkę snobizmu i zamożności: Beverly Hills. I uwierzcie mi, taka porcja wrażeń dla tych, którzy przybywają tu po raz pierwszy, nie pozwala w nocy spać. Już nie wspomnę o Malibu, gdzie kręcono słynny "Baywatch" oraz The Downtown of Los Angeles w miejscu "Prawdziwych Kłamstw", z burmistrzem stanu California w roli głównej.

Ostatnim moim celem na zachodnim wybrzeżu było SeaWorld w San Diego - piękne rafy koralowe, rekiny ludojady i żółwie większe od niejednego lwa. Na deser zostawiłem sobie największą metropolię świata - New York City. To tutaj właśnie o mały włos nie znalazłem się pod kołami żółtej taksówki (ci kierowcy to szaleńcy!), tutaj zgubiłem się do tego stopnia, że chciałem wracać do domu, bo zamiast wsiąść w linię metra jadącą na południowy Manhattan, wsiadłem w jedną z tych 25 innych i pojechałem do Harlemu. Także tutaj poznałem, co to znaczy żyć w tyglu narodowości i zaznajomiłem się z pojęciem "miasto, które nigdy nie zasypia".

Jeśli chodzi o praktyczną stronę wyjazdu, to nieoceniona jest nauka żywego języka angielskiego, bo jakby nie patrzeć, w USA trzeba mówić i myśleć w tym języku. Tego zaś, co przeżyłem podczas wielkiej przygody z Camp America, nie zamieniłbym na nic innego na świecie!

A więc jeśli chcesz przeżyć "American Dream" i naprawdę zrobić w życiu coś odważnego...

"...what are you waiting for - go for Camp America!"

Camp America (United Kingdom) Camp America (Australia) Camp America (New Zealand) Camp America (Switzerland) Camp America (Austria) Camp America (Germany)

Work and travel - typy programów | Camp America | Resort America | Zgłoś się! | Twoje konto


American Institute for Foreign Study (UK) Ltd. Registered in England No. 939488 at 37 Queen's Gate, London SW7 5HR United Kingdom