Moja przygoda z Camp America zaczęła się w 2006 roku, kiedy to po pierwszym roku studiów zdecydowałam się na wyjazd do USA. Chęci były, tylko nurtowało mnie jedno pytanie : JAK WYJECHAĆ? Po kilku dniach zastanawiania się i szukania różnych opcji wyjazdu, natrafiłam na stronę Camp America... i nie pomyliłam się. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
Krok po kroku, przechodząc przez rozmowę z konsultantką CA, wypełnianie aplikacji oraz dostarczanie niezbędnych dokumentów, dotarłam na Targi Pracy. Tam też dostałam pracę na obozie Camp Marist w New Hampshire, organizowanym przez zakon Braci Maryjnych.
Przygotowania trwały bardzo długo, jednak wreszcie nastał dzień mojego wyjazdu. Zwarta i gotowa na moją przygodę przybyłam na lotnisko w Warszawie, gdzie spotkałam od razu grupę studentów, którzy tak, jak ja, jechali po raz pierwszy do Stanów. Cała podróż - pierwszy lot samolotem - oraz wszystko, co działo się od wylotu z Warszawy poprzez przesiadkę w Europie aż do Nowego Jorku, było jedną wielką przygodą. Potem nocleg w hotelu w New Jersey i... kolejna przygoda, czyli wyprawa na camp.
Gdy dojechałam na miejsce, odebrał mnie jeden z braci. Po ok. 20 min podróży ze starszym dziadkiem, dojechaliśmy na camp. Moje pierwsze wrażenie było takie: „ las, jezioro, wielki ośrodek i spokój. Wyjątkowe miejsce... i oby całe wakacje takie były”. Od razu poznałam dziewczyny z Polski i pokazały mi jak wszystko wygląda w ośrodku. Opowiedziały o swoich poprzednich wakacjach na Camp Marist i od razu nastawiły mnie pozytywnie.

Kolejnego dnia poszłam już do pracy, by zobaczyć, jak funkcjonuje kuchnia i co będę robiła. Dzień za dniem mijał, a ja uczyłam się coraz to nowych rzeczy, które nie zawsze były łatwe, ale dawały satysfakcję. W kuchni pracowało 8 dziewczyn z Polski, nasz szef kuchni Michael oraz Dayna, która pomagała szefowi. Każda z nas miała różne obowiązki, w zależności od tego, co w danym momencie było potrzebne. Jedna zmywała naczynia, inna przygotowywała „salad bar” z różnymi warzywami i wędlinami a kolejna zajmowała się przygotowaniami następnego posiłku. Praca nie była lekka, gdyż pierwsze tygodnie zawsze są trudne. Jednak po jakimś czasie człowiek dochodzi do perfekcji i nie ma już problemów z niczym.
Każdy dzień pracy przebiegał według ustalonego planu. Miałyśmy dwie przerwy w czasie dnia, jedną między śniadaniem i lunchem, a drugą - między lunchem a kolacją. Wtedy zwykle staraliśmy się nadrobić kontakt z rodziną i przyjaciółmi, pisząc maile czy też dzwoniąc. W wolnych chwilach spędzało się czas nad jeziorem, relaksując się lub rozmawiając z innymi. W wolne dni spaliśmy do 12 w południe, potem zaś korzystaliśmy z różnych sportów na terenie ośrodka, czy też jechaliśmy na zakupy do pobliskiego North Conway.
9 tygodni pracy na kampie minęło bardzo szybko i już pod koniec sierpnia rozstawaliśmy się z naszymi nowymi przyjaciółmi. Międzynarodowe relacje z ludźmi z takich krajów, jak: Meksyk, Wielka Brytania, Kanada, Francja czy też USA trwają jednak nadal. Kontaktujemy się ze sobą i mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy!


Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o moich wakacjach, campie lub resorcie - to pisz do mnie!
Iza Dańczak
Promocja 1290 PLN trwa...
Kolekcjonerska koszulka CA'69 może być Twoja!
Chicago to nie tylko musical...
Życie na campie w kamerze uczestniczki
Wielkie Targi już niedługo!
Aligatory na stacjach benzynowych?
Polskie Forum Camp America
Jak bez kłopotu dostać wizę USA?
Zgłoś się teraz!







