Wyjazd do Stanów z początku wydawał mi się nieosiągalny. Zwykle wiąże się on z wysokimi kosztami, mnóstwem papierkowej roboty, no i jest jeszcze kwestia otrzymania wizy. Tak też myślałam do czasu, kiedy przypadkiem natrafiłam na stronę Camp America. Wzbudziło to moje zainteresowanie, gdyż Camp America dawał mi możliwość zarówno pracy jak i podróżowania, które jest moją pasją, a to wszystko za niecałe 1300 złotych. Nie można też zapomnieć o podszkoleniu języka i doświadczeniu zawodowym, które w moim przypadku już zaowocowało podczas poszukiwania ciekawej pracy w Polsce. Długo się nie zastanawiałam, bo jak mówią: „kto pierwszy ten lepszy” i ma większe szanse na pracę w USA, zwłaszcza w tych miejscach, które najszybciej się zapełniają.
Rozmowa z konsultantem, trochę formalności, udział w targach, wizyta w ambasadzie. Po załatwieniu tych spraw pozostało mi już tylko czekać na upragniony dzień wyjazdu do USA. Dostałam pracę recepcjonistki na wyspie Shelter Island Heights, w stanie Nowy Jork, na resorcie Sunset Beach.
Siedząc już w samolocie do Nowego Jorku uwierzyłam, że „impossible is nothing” - nie ma rzeczy niemożliwych, skoro spełnia się jedno z moich największych marzeń. Moja praca okazała się naprawdę ciekawa i dawała mi dużo satysfakcji. Trzeba jednak pamiętać, że nie samą pracą człowiek żyje, bo oprócz codziennych obowiązków przebywałam na wyspie w otoczeniu mnóstwa fajnych ludzi z całego świata. Każdy był inny i miał różne zainteresowania, ale łączyło nas to, że razem spędzaliśmy wolny czas, bawiąc się na imprezach lub zwiedzając okolice.
Podczas pobytu w Sunset Beach usłyszeliśmy z kolegą z Warszawy o małym miasteczku Calverton, oddalonym od naszej wyspy jakieś 30 km… Pomyśleliśmy, że to nic specjalnego. Wydawałoby się, ale hasło związane z tym miastem brzmiało SKYDIVING i dawało wiele do myślenia. Dlaczego nie? Skoro wszystko jest możliwe, to... skaczemy!
Podjęliśmy decyzję i w dzień wolny od pracy pojechaliśmy do Calverton. Przywitał nas widok latających małych „ludzików”, co automatycznie wcisnęło guzik „podekscytowanie”. Ponownie trochę papierków do podpisania, badania lekarskie, a potem pozostało tylko czekać na swoją kolej. Najgorszy był moment oczekiwania, który trwał jakieś 2 godziny. Pomyślałam wtedy: po co ci ludzie to robią? Sport ten do najbezpieczniejszych nie należy. Tego dnia byliśmy po prostu szaleńcami;-)
Kiedy znaleźliśmy się już w samolocie, różne myśli kołatały w mojej głowie… Dolecieliśmy na wysokość około 5 km i zaczęliśmy przygotowywać się do skoku. Na szczęście instruktor, który skakał wraz ze mną, był nastawiony bardzo pozytywnie i ciągłym zagadywaniem mnie nie dopuścił, bym myślała za dużo i tworzyła w swojej głowie nierealne scenariusze. W końcu powiedział, że tu jeszcze nikomu nic poważniejszego niż skręcona kostka się nie stało. Zatem nie ma się czym martwić;-)
Ustawiliśmy się do skoku, i... do dziś śmieję się, gdy na filmie widzę swoją przerażoną minę. Ale udało się - skoczyłam! Pierwsza minuta to coś niesamowitego, spadamy i dzieje się to tak szybko, że można nurkować w powietrzu, wtedy człowiek naprawdę czuje, że żyje!
Po chwili przypięty do moich pleców Steve otworzył spadochron i szybko polecieliśmy w górę. Kiedy zobaczyłam całe wybrzeże Long Island, a na dole wszystko zminimalizowane, podczas gdy my frunęliśmy i podziwialiśmy świat z góry, czułam bezgraniczną radość. Po około 8 minutach wylądowaliśmy bezpiecznie na ziemi i poczułam dumę, iż udało mi się pokonać strach i przeżyć coś tak fantastycznego. Wraz z kolegą Grzesiem nie mieliśmy wątpliwości, iż koniecznie chcemy skoczyć jeszcze raz! Kto wie? Może w przyszłe wakacje w Calverton?
Natalia Bednarczyk, Sopot
Artykuły w bieżącym Newsletterze :
Promocja 1290 pln nie jest wieczna
Całe światło świata w Las Vegas
Kolekcjonerska bluza CA'69 może byc Twoja!
Jak bez kłopotu dostać wizę USA?







