scroll

Kitchen Queen - to ja!

Najpierw stos papierów do wypełnienia, później wielkie pranie i prasowanie oczywiście - no, bo nie będę ukrywać że jak każda dziewczyna chciałam wziąć więcej niż do plecaka zmieścić się mogło a na koniec plecak na bary i na lotnisko w Warszawie marsz! Tak zaczęła się moja podróż za ocean, a konkretnie do małego miasteczka w New Jersey - o nazwie Pompton Lakes, gdzie miałam rozpocząć prace jako szef, a może raczej szefowa kuchni.

Lot był długi, ale fantastyczny z turbulencjami od czasu do czasu, co sprawiało, że czułam się prawie jak w darmowym parku rozrywki. Do Nowego Yorku przybyłam i co zobaczyłam?? Trójkę uśmiechniętych pracowników campu czekających na mnie. Byli to młodzi ludzie niewiele starsi ode mnie, którzy od wielu już lat pracowali na Elks Camp Moore – obozie dla dzieci niepełnosprawnych; miejscu, które stać się miało dla mnie domem na następne 9 tygodni. Byłam nieco przestraszona, przyznaję, nigdy wcześniej nie byłam z dala od domu przez tak długi czas, a tym bardziej przerażała mnie perspektywa pracy tak odpowiedzialnej!

Trzy ogromne budynki dla dzieciaków, świetlica, pokój do zabaw, sala plastyczna i muzyczna, budynek medyczny, basen, boisko do piłki nożnej i koszykówki, plac zabaw no i oczywiście moje królestwo – kuchnia i jadalnia plus parę magazynów na żywność. Tak mniej więcej zapamiętałam mój camp, gdy zostałam oprowadzona po nim po raz pierwszy przez jednego z kolegów z Anglii. Wszystko zmieniło się dosłownie po 5 minutach, gdy przyjechały dzieci. Sale pękały w szwach, basen przeżywał prawdziwy najazd małych mistrzów pływania, wszędzie było słychać śmiech a opiekunowie wreszcie zażyli trochę ruchu (niektóre dzieci miały fajowy zwyczaj uciekania spod pilnie nadzorujących oczu opiekuna).

A u nas w kuchni dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa bieganina. Była nas piątka, dwójka z Korei i dwójka z Rosji (!) no i moja szanowna polska osoba. Początki jak wszyscy wiemy bywają trudne i kłopoty w kuchni przez pierwsze trzy dni były normalką. Za dużo ryżu a za mało mięsa, albo na odwrót, to, co powinno być na zimno – parzyło a to, co podawane na ciepło niesamowicie szybko stygło. Ale ujarzmienie kuchni nie trwało długo i wkrótce walka z piekarnikami i zmywarką – za którą później dziękowaliśmy Bogu – zakończyła się triumfalnym zwycięstwem. Pochwał też nam nie szczędzono a ja osobiście do mojego nowego ‚imienia’ – Kitchen Queen – też szybko się przyzwyczaiłam. Praca z tak CUDOWNĄ ekipą ‚kitchen staff’ była wspaniałą zabawą a nie obowiązkiem i szybko stało się jasne, że „jeden za wszystkich – wszyscy za jednego” to hasło obowiązujące w naszym ‚kuchennym królestwie’.

Zmywanie naczyń, sprzątanie jadalni, mopowanie kuchni i odbieranie zamówień tak nam weszło w krew, że z dnia na dzień mieliśmy coraz więcej czasu na inne zajęcia na obozie. Basen stal się naszą oazą, w gorące dni robiliśmy sobie przerwy 15 minutowe tylko po to, aby wskoczyć do basenu i trochę się ochłodzić. Zaraziliśmy się także chęcią opieki nad dziećmi i często gęsto po pracy w kuchni pomagaliśmy w opiece nad dzieciakami wariującymi na wózkach inwalidzkich na dyskotekach czy podczas zajęć plastycznych. Ja osobiście miałam okazję na tydzień wymienić się z jednym z opiekunów – on pracował za mnie w kuchni a ja przejęłam opiekę nad dwiema jedenastoletnimi dziewczynkami – Kathleen i Nicole – co okazało się nie lada wyzwaniem. Od tej pory czas wypełniała mi zabawa z nimi – pląsy w basenie, śpiewy na całe gardło na zajęciach z muzyki no i oczywiście tworzenie nowych dzieł sztuki na miarę Picassa. Uwierzyć może będzie w to trudno, ale po jednym tygodniu spędzonym z tymi urwisami płakałam jak dziecko, gdy nadszedł dzień ich wyjazdu. Kathleen i Nicole były ze mną tylko przez 7 dni, ale zostały w moim sercu na całe życie. To po prostu moje amerykańskie dzieci!

Gdy kuchnia lśniła, a dzieci, grzecznie lub też nie, leżały w łóżkach, obsługa obozu i opiekunowie mogli w końcu zająć się nawiązaniem bliższych stosunków, kulturalnych oczywiście. Przyjaźnie kwitły, dyskusje były burzliwe, opowieści o krajach rodzinnych też były częste. Po dwóch tygodniach wszyscy już się bardzo dobrze znali, mimo że było nas około 60, i stanowiliśmy zgraną paczkę. W dni wolne jeździliśmy do New York, bo to tylko godzinka autobusem z campu – oj a tam działo się działo….

Po zakończeniu campu, a było to pod koniec sierpnia, rozmowy o podróżach i chęci zobaczenia Stanów zamieniliśmy w czyny i po uściskach, morzu łez, lamentach, no i oczywiście wymianie adresów i innych namiarów wyruszyliśmy już w mniejszych grupach na podbój U.S.A. Ja wraz z moja nową „best friend” z Finlandii założyłyśmy plecaki – które niewiarygodnie urosły od czasu przyjazdu – i skierowałyśmy się do naszego pierwszego celu, którym był Washington D.C. Jest to miasto, którego nie wolno przegapić! Później na naszej drodze zwiedziłyśmy Boston, może nawet dokładniej niż planowałyśmy, bo mapa, którą porwałyśmy ze schroniska, miała niesamowicie błędną skalę. Tak wiec po przebyciu tego pięknego miasta portowego wzdłuż i wszerz udałyśmy się na spotkanie z natura i pierwszymi osadnikami w Ameryce. Plymouth Plantation – bo tak się to miejsce nazywało – to osada zbudowana na miejscu i na wzór tej pierwszej założonej przez pierwszych Europejczyków przybyłych na ten dziewiczy skrawek lądu. W kolejnych tygodniach nie omieszkałyśmy odwiedzić kolegi, który wraz z nami pracował na obozie a za którym tak się stęskniłyśmy, że aż zwaliłyśmy mu się na głowę na kilka następnych dni.

Od mojego powrotu do domu minęło już prawie pół roku, ale wspomnienia są bardzo żywe. Nie da się zapomnieć o niczym i nikim, kogo w te wakacje poznałam. Taki wyjazd daje tak wiele możliwości, że nie sposób ich opisać. Po co jechać do Grecji czy Hiszpanii i smażyć się w słońcu jak można uderzyć prosto za ocean do kraju mieszających się kultur i obyczajów, poznać i zaprzyjaźnić się z ludźmi z całego świata a przy okazji zarobić i zwiedzić Mekkę wszystkich podróżników!

„Go west young man!”

 

Autor: Anna Nosal