Resort America i Full Wypas! | Camp America
scroll

Resort America i Full Wypas!

Tak naprawdę nie chciałam spędzać wakacji w Stanach... Owszem, chciałam gdzieś wyjechać, ale myślałam raczej o Anglii, Norwegii czy Niemczech. Na wyjazd do USA namówił mnie mój brat i za to będę mu dozgonnie wdzięczna!  Nie zastanawiałam się długo, wypełniłam aplikację, przeszłam rozmowę z konsultantem i dalej wszystko potoczyło się samo. Spędziłam prawie cztery miesiące w Ameryce!!!

 

Już na lotnisku poznałam osoby, które lecą w to samo miejsce co ja, czyli do „Fernwood Hotel and Resort”, więc podróż upłynęła szybko i przyjemnie. W Nowym Yorku odebrał nas przedstawiciel Camp America, który zabrał nas do hotelu, gdzie mogliśmy się umyć i coś zjeść, by następnego dnia o świcie ruszyć w dalszą drogę. Dostaliśmy też „welcome packa” oraz śliczne koszulki z logiem Camp America. W Nowym Yorku wsiadłyśmy w autobus do Stroudsbourga, skąd miał nas odebrać ktoś z resortu. Dystans, który normalnie pokonuje się w 1,5 godziny, my przejechałyśmy w pięć a to za sprawą trzygodzinnej przesiadki w Easton. Jest to miasteczko, którego nigdy nie zapomnę! Dworzec autobusowy był niewiele większy od mojego pokoju… Ale co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym! Ze Stroudsbourga odebrał nas Don, jeden z kierowców w naszym resorcie. Przemiły starszy pan. Na miejscu wypełniłyśmy jeszcze kilka formularzy i dostałyśmy identyfikatory nadające nam szczytne miano „international student”. Miejsce zakwaterowania przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To mogło się zdarzyć tylko w programie Resort America – dostałyśmy do dyspozycji willę, jedną z tych, w których mieszkają goście: trzy piętra, trzy sypialnie, dwie łazienki w tym jedna z jaccuzzi, salon i kuchnia. Po prostu „full wypas”. Mieszkałyśmy tam we trzy, oprócz jednego miesiąca, kiedy doszły do nas Polka i Niemka. W resorcie byli studenci różnych narodowości, Polacy, Niemcy, Anglicy, Białorusini, Bułgarzy i jedna Chinka. Znalazłam wśród nich prawdziwych przyjaciół.

Pracę dostałam jednak dość wymagającą – jako „Housekeeper”. Moim zadaniem było sprzątanie willi po tym, jak opuszczą je goście. Na początku naprawdę nie było lekko, ale jak się nabierze wprawy nie jest już tak źle! Po miesiącu zaoferowano mi nową pracę. Dostałam samochodzik golfowy (gdzieś tam powinien być na zdjęciu) i miałam nim jeździć po wszystkich basenach ośrodka, sprawdzać ich stan, czy wszystko jest czyste itd. Bardzo miłe zajęcie.

Po pracy często przesiadywaliśmy w „ośrodkowym” pubie. Mogliśmy się tam stołować (jak też w pozostałych trzech restauracjach) no i rzecz jasna, próbować lokalnych napojów :). Na ten cel każdy z nas otrzymywał co tydzień kwotę w gotówcę. Jeśli nie siedzieliśmy w pubie to chodziliśmy do „Game Zone”, pograć w siatkówkę a kilka razy nawet w golfa. Nie można się było nudzić. Do naszej dyspozycji były także wszystkie baseny, sauna, jaccuzzi itd. Pewnego pięknego dnia poznałyśmy Nelsona. Pan koło 60-tki, który miał najwyraźniej za dużo wolnego czasu i pieniędzy, postanowił pokazać nam Stany. Zabrał nas do Nowego Yorku, Waszyngtonu, Baltimore, Filadelfii, nad ocean do Atlantic City i nad Niagarę. Naprawdę niesamowite miejsca, do tego za darmo i z przewodnikiem! Miałyśmy ogromne szczęście, że go spotkałyśmy.

Poza tym Amerykanie to bardzo przyjazny naród. Zawsze uśmiechnięci i skorzy do pomocy. Na ile to było szczere nie wiem, ale i tak mi się podobało! 3,5 miesiąca zleciały jak z bicza strzelił. Będzie mi brakowało Fernwood!

Pozdrawiam i życzę fajnych podróży po USA!